ty i te twoje pomysły...

Ciężko jest nie mieć problemów. Naprawdę. Zawsze znajdzie się coś, co będzie ciążyło na sercu. I nic z tym nie zrobisz, bo jesteś człowiekiem. W zasięgu twoich możliwości leżą małe, stopniowe zmiany albo... nic.


Nie wiedziałam jak podejść do tego wszystkiego, co kłębi mi się w głowie. Uznałam więc, że sobie to połączę. Co mi szkodzi? Jeśli mam pewne trudności ze zrozumieniem swojego wnętrza, to może wyleję te przemyślenia na papier. Daję sobie przyzwolenie na wylewanie takich treści do internetu, bo zdaję sobie sprawę, że takie strapienia dotykają nie tylko mnie. Spróbujmy.

1. STRES

Sięgnął chyba zenitu. Ostatnio śniło mi się, że zapomniałam zatankować samochód. W ogóle nie przejęłam się migającą lampką kontrolną i jechałam dalej. Auto zaczęło stopniowo zwalniać. Dopiero wtedy dotarł do mnie, że powinnam jak najszybciej dotrzeć na stację benzynową. Jechałam najszybciej, jak tylko mogłam. Niestety nie wiem, jak potoczyły się dalsze losy równoległej mnie, bo ze snu wyrwał mnie budzik.
Zrobiłam najgłupszą rzecz na świecie i sprawdziłam znaczenie tego "kejsa" w senniku. Jeśli śniło mi się, że brakuje mi benzyny, to znaczy, że przejmuję się zbyt dużą ilością rzeczy, które dzieją się dookoła mnie i powinnam wyhamować.
Być może i ziarno prawdy w tym jest, ale co zrobić, taki już los osoby wrażliwej na chorobę przenoszoną drogą płciową - życie.

Pod hasłem stres, wcale nie rozumiem biegunki, trzęsących się rąk czy problemów z oddechem. Stres to dla mnie nieprzyjemnie wizje w głowie, delikatne, prawie niezauważalne mrowienie w palcach i łzy, które co rusz napływają pod powieki.

Stres, odpowiednio kontrolowany, może nie być zauważalny dla środowiska. Dobrze wykonany makijaż skutecznie zamaskuje podkrążone oczy od całonocnej fontanny łez; głowę też można zająć czymkolwiek, naprawdę.
Tylko, że z czasem przychodzi taki dzień, kiedy nie da się już dalej blokować. I następuje Wielki Koniec, na którym ucierpią przypadkowi rozmówcy.


2. LANSIARSTWO

Mieszkam na małym osiedlu, przyjemnie odciętym od wielkomiejskiego zgiełku. Znam tutaj prawie każdego - jeśli nie osobiście, to na pewno z widzenia. Rok-dwa lata temu miałam takie wrażenie, że tworzy nam się taka zamknięta community, trochę jak na wsi.
Jednak ostatnio zaczęły napływać tutaj nowe grupy: młode małżeństwa z dziećmi, studenci... Trochę się zmienia, wszystko płynie, wiadomo.

Nie zmienia się jednak jedno - dobrze znany, osiedlowy skład spod sklepu Żabka. Mocne brzuchy, wystające daleko poza cały korpus ciała. Przed sklepem stoi ławeczka. Ostatnio zaczęła się na niej pojawiać moja sąsiadka. Zdziwiłam się nieco, bo ta urocza i nieco skryta dziewczynka z gimnazjum, przemieniła się w mocno wymalowaną laskę z liceum. Dorastanie, powiesz. Zgodzę się, ale ta ławka... Ta ławka. Nie wygonię jej stamtąd, chociaż przyznam, że ekipie osiedlowych mięśniaków to się udaje. Dziewczyna ucieka na koturnach, lekko potyka się o wystający krawężnik. I tyle to ją było widać. Cykl rozpoczyna się każdego dnia na nowo, tabula rasa.


3. ŻYCIE OSOBISTE

Nie zawsze wygląda ono tak, jakby się bardzo chciało. Tutaj coś nie wyjdzie, tutaj plany nie wypalą i człowiek już daje sobie wmówić, że tak naprawdę to nie posiada życia towarzyskiego i tylko w tych książkach by siedział. To przecież bardzo, bardzo nieprawda. Jednak, gdy człowiekowi jest źle, nie widzi tego, że przestaje myśleć o sobie racjonalnie, a bezkrytycznie przyjmuje to, co wmówią mu inni.

Jasne, że chciałabym, żeby moje życie w niektórych jego częściach - zapewne, jak większość z nas. Taka już ludzka natura, a w mojej naturze leży pogoń - nie wiadomo za czym, nie wiadomo dokąd. Pogoń, czyli poszukiwanie. I sobie tak szukam tego miejsca, w którym byłoby mi najlepiej, albo chociaż trochę lepiej niż w poprzednim. Nie umiem usiedzieć na miejscu, tak już jest.
Jak mówię o swoich kolejnych pomysłach, to albo patrzy się na mnie z niedowierzaniem, albo podsumowuje wszystko: Julka, ty i te twoje pomysły....
A ja za każdym razem, z uporem maniaka, udaję, że zupełnie nie wiem, o co się robi te przewroty oczami, te westchnięcia dezaprobaty i niby to przyjacielskie poklepywania po plecach. To nie jest świat dla ludzi, którzy udają szczęście. Powinni tego zabronić, jak zdążyli już to zrobić z wieloma rzeczami w tym kraju.

co to znaczy być naturalnym?

Dopiero poza miastem zdałam sobie sprawę z tego, co to znaczy być naturalną. I nie bez powodu to natura króluje na wsi, a w mieście... niestety sztuczność, bladość i szablonowość. Jedziesz autobusem i zewsząd trafiają w ciebie, dosłownie, jakieś bodźce, które każą ci myśleć, że coś jest z tobą nie tak. Na brzuchu masz już o jedną fałdkę za dużo, krzywo wyglądasz w odbiciu drzwi wejściowych do budynku, chodzisz zbyt koślawo. Podlegasz nieustannej ocenie, i fakt - tak to już jest - każdy z nas podświadomie ocenia swego bliźniego. Nie każdy jednak daje to po sobie poznać.



Stoisz pod sklepem, wiejskim sklepem, patrzysz na wczorajsze twarze miejscowych mężczyzn. Wiesz, że ci faceci pewnie są bezrobotni, za to za cholerę nie możesz pojąć, skąd mają pieniądze na kolejne piwo. Nie wnikasz w to, bo z lewej strony już dociera do ciebie lekko zachrypnięty głos jednej z gospodyń wiejskich. Mówi o jakimś domu, o tym ostatnim po prawej stronie przy wyjeździe na północ, tym z malutką szopą na tyłach ogródka. Kobiecina rozgaduje się o tym tak pięknie: jej głos faluje, co rusz podżegany przez kolejne przypływy ekscytacji. Jestem pewna, że nie możesz oderwać wzroku od jej zaczerwienionych, wciąż rumiany polików i dłoni - pomarszczonych i starych, za to wciąż żywo wyrażających podniecenie.

Wiesz, że nikogo nie obchodzi, co jak wyglądasz danego dnia: czy masz na sobie kurtkę z minionego sezonu, czy wręcz zapożyczyłeś się, by być na czasie z trendami modowymi. Nikogo nie obchodzi to, jak wyglądasz. Nie musisz więc udawać kogoś, kim wcale nie jesteś. Nie musisz wstawać każdego dnia z myślą, że dzisiaj znowu poczujesz, jakby wszystko, co dotychczas udało ci się zrobić, było do niczego.

Tak dobrze czułam się właśnie ja - przez cały, calusieńki tydzień nie przyjmowałam negatywnych, miejskich bodźców. Wyłączyłam internet...A tak właściwie zostałam do tego poniekąd zmuszona i nie mam zwyczaju szukania na siłę znów w przestrzeni ziemskiej, ale w tym momencie mogę zrobić wyjątek. Aplikacja mojej poczty na telefonie zrobiła mi psikusa i postanowiła zeżreć ponad 2/3 mojego limitu transmisji danych. I co się stało? No na początku była panika, bo przecież bez sieci nie da się żyć. A potem po prostu wyłączyłam dane. I ta dam! Wyliczyłam zgrabnie i nawet szybko, że mama - ma do mnie telefon, tata - może dzwonić, kiedy chce, mój chłopak - cały czas jest obok mnie, reszta świata - na co dzień się rzadko odzywa, albo wtedy, kiedy coś chce, więc naprawdę, naprawdę nic się nie stanie, jak zniknę. Na chwilę, na trochę, ale zniknę.

I zniknęłam, a jak wróciłam, to prawie od razu tego pożałowałam. Jednak od razu sobie przypomniałam, że nasze życie leży w naszych rękach i... dozuję, po prostu. W komunikacji miejskiej nie patrzyłam dzisiaj w szklany ekranik mojego smartfona, ale na ludzkie twarze, przez okno. Nie czytałam newsów od TVNu, za to słuchałam języka ulicy.

Te rozważania nie miały znów oscylować wokół Internetu, ale niestety - on naprawdę jest wyczuwalny wszędzie: na ulicy, w domach, w szkole, na studiach, w przestrzeni miejskiej i w reklamach.
Na wsi nikt nie przejdzie ci z najnowszych iPhonem w łapie, łapie starannie wysmarowanej olejkiem do opalania. Na wsi nikt w pełni nie doceni twojego nowego Porsche, bo i tak - jeśli nawet i jest - to naprawdę porządny, zazwyczaj stojący w konkurencji z dobrze podkręconych BWM.

Mnie wieś wycisza, a jedynym jej paradoksem jest to, że nie... nie mogę na niej pisać. Tak, to też zaobserwowałam przez ten tydzień. Każdego dnia, w przerwach między wiejskim życiem a pisaniem pracy zaliczeniowej na studia, siadałam przed tym smutnym ekranikiem laptopa i... próbowałam cokolwiek napisać. I dopadała mnie zupełna pustka kreatywna, waliłam głową w mur i nie za bardzo wiedziałam, o co mnie samej dokładnie chodzi.

Próbowałam wytłumaczyć to sobie w sposób racjonalny, ale nie do końca się dało. Wróciłam do Warszawy, wyjątkowo wsiadłam do autobusu i myślałam, że pomyliłam światy. Autobus zapchany, jak to zawsze z warszawskich Włoch w stronę centrum miasta. Ok, myślę sobie, przyzwyczajona przecież jestem. Rzadko ostatnimi czasy podróżuję komunikacją miejską; wolę rower. Wolę spocić się niemiłosiernie bardzo, ale być panią swojej drogi, swojego komfortu... i swojego czasu. Zapchany autobus bardzo szybko przypomniał mi argumenty, które kierują mnie właśnie w stronę jednośladu.

Patrzę na ludzi zmęczonych pracą w okolicznych korporacjach. Sama się dziwię, że ktoś tutaj takowe buduje, ale w sumie: daleko od centrum, parkowanie bezpłatne, całkiem spokojna okolica... Ludzie rozmawiają. Nie, ludzie próbują przekrzyczeć szum wydobywający się z autobusowych dmuchaw. Niestety, to nie jest klimatyzacja. Być może kierowca zapomniał włączyć takiego jednego, bardzo istotnego przycisku (A/C) i już, już to robi ogromną różnicę. W stronę lekko zaparowanych okien kierują się kolejne dłonie. Dłonie chwytają uchwyty, siłą mięśni przesuwają od siebie. Okna zamknięte, pora zdychać na brak tlenu. Patrzę na wszystko z niedowierzaniem, naprawdę. Co jest z tymi ludźmi nie tak, co?!

Po chwili starszy mężczyzna wysuwa z powrotem dłoń w stronę uchwytu i przez szeroką szczelinę wpuszcza do wnętrza pojazdu świeże, ale spalinowe powietrze z Alej Jerozolimskich. Starsza kobieta patrzy na niego i pyta, po co otwiera to okno, przecież KLIMATYZACJA działa. Starszym wybaczyć można wiele, naprawdę, ale co jest z wami - młodymi?!



internecie, stop!

Gdy ma się już lat prawie 22, nie ma co się już oszukiwać. Trzeba znaleźć czas w codziennej gonitwie, przystanąć i wreszcie to sobie powiedzieć: Internet zabiera nam resztki wolnego czasu. Niby go szanujemy, niby pilnujemy jak oka w głowie, ale coś po drodze idzie nie tak, jak powinno... 




Najśmieszniejsze jest o, że zazwyczaj nie wiemy, kiedy. Internet to pożeracz czasu, uwagi i... resztek szczęścia. Serio, wiem co mówię. Jasne, że niejako jestem skazana w dzisiejszych czasach na publikowanie w internecie i to jeszcze systematycznego i ciekawego, jeśli chcę się "utrzymać".
Kasy z tego nie mam żadnej, robię to troszkę dla promocji, ale przede wszystkim dlatego, że to kocham. To daje mi naprawdę niesamowitego kopa, a przede wszystkim - jestem w stanie układać sobie wiele spraw poza mną samą. Jednak ostatnio coraz mniej wychodzi spod mojej klawiatury... Dlaczego? Podejrzewam, że dlatego, że po prostu żyję.

Spisuję przygody na wariackich papierach, siedzę w licencjacie, a przede wszystkim planuję pewną niesamowitą przygodę, podróż, którą mam zamiar rozpocząć w połowie lipca. W chwilach, gdy wszystko siedzi na mojej głowie, mam wrażenie, że nie z tego nie wyjdzie. Przekonuję siebie, że jestem silna laska i zawsze jakoś to było - tak też i tym razem będzie. Trzeba walczyć o marzenia. Trzeba niesłychanej siły i samozaparcia.

Kończąc jednak tę rozbudowaną dygresję, chciałabym stwierdzić wszem i wobec, że ostatnio więcej mnie w przestrzeni miejskiej... i życiowej. Nie oglądam kotów w internecie, czasem tylko małe mopsy, ale tak już być musi. Mops dnia jest potrzebny każdemu, tylko nie wszyscy jeszcze o tym wiedzą. Nie jest mi za to potrzebna pupa Kim Kardashian, czy jak jej tam na imię. Pupę ma jedną, a ta hulała niedawno po internecie aż niemiło.
Coś w tym jest, że każdy kraj, a może kontynent bardziej, ma swój własny internet. Ameryka lubi Kardashianki, Polska lubi cebulę. Nieśmieszny żart, ale nie bez kozery tak dużo tej cebuli u nas. Mamy swoje "krajowe powiedzenia", które śmieszą tylko nas. I nam z tym dobrze. Niektórzy tylko się oburzają, że to obciach w wielkim świecie, że to niedorzeczne, obrazoburcze, niereligijne. Za dużo religii jest na ustach Polaków, za dużo na ulicy, a zdecydowanie za mało ostatnimi czasy w sercu. Jeszcze brakuje tego, by internet był religijny. Chyba nie.

I tak się przekrzykujemy tymi internetami pełnymi kotków, morderców na dziewięciolatkach, vlogów na tematy przeróżne i hasztagiem #wokeuplikethis. Mnie to ni podnieca, nie ziębi, ale rzec można, że fascynuje.
A jak mnie coś za bardzo fascynuje, coś mi świat realny przysłania, to ja wiem, że powinnam się od tego odciąć.
I chwała za to, że telefony z Windowsem mają oddzielnie Messeneger i samego Facebooka. Mogę odpowiadać na wiadomości, bez zaglądania na walla. I tak też postanowiłam, że będę robić. Co ciekawsze - ja już tak robię i widzę efekty. Jest mi lepiej.

Nie patrzę non stop na innych, nie porównuję się z nimi. Nie jest mi smutno, że moja forma, a raczej masa na biki nie jest jeszcze gotowa. Bo wiem, że idę swoim tempem. Opornym, ale jednak. I nie płaczę po kątach i kontach (tak, innych ludzi; lubimy komentować, lubimy, co?), że mi nie idzie pisanie drugiej powieści, bestsellera, podczas gdy ktoś inny właśnie wydaje swoje dziełko. I może i nie jestem na czasie bardzo-bardzo we wszystkim newsach z całego świata i całego internetu. Zauważyłam jednak, że to wciąż nie przeszkadza mi ustąpić miejsca starszej pani w autobusie. Nie przeszkadza być aktywną, cieszyć się słońcem, uśmiechać się do ludzi, przeklinać swoje feralne wybory, denerwować się, że karma się nie zwraca, odczuwać nieskończenie wiele. To po prostu nie przeszkadza być online w rzeczywistości.

dużo minimalizmu w przestrzeni

Ostatnio mam naprawdę mało czasu na pisanie. Czuję, że coś - dosłownie - ucieka mi, i to jeszcze za plecami. Brakuje mi tylko chwil, gdy siadam przed ekranem laptopa (pisanie ręcznie wciąż jest dla mnie czymś magicznym, ale to wystukane literki tworzą szybciej ciekawą całość). Wykorzystuję zatem dzisiejszy wolny czas i zabieram się do tworzenia. Inspiracja? Odcinek Ukrytej prawdy

 

Widziałam kiedyś urywek tego programu, w którym głównym przesłanie było to, że... pieniądze szczęścia nie dają. Główna bohaterka wręcz uważała, że to one wyrządzają najwięcej zła na świecie. Potem okazało się, że pokłóciła się o nie z rodziną i dlatego wszem i wobec ogłasza, że nie mogłaby być z facetem, który jest bogaty. Nasz biedny bohater udaje więc, że montuje klimatyzację i wcale nie jest bogaty, wcale nie mieszka na ekskluzywnym osiedlu z ochroniarzem i wcale nie ma własnej firmy. O, taka ukryta prawda.

I muszę przyznać, że ja - Julia Hebdzyńska - niesłychanie wciągnęłam się w ideologię minimalizmu. Nieważne, że w sieci aż roi się od blogów promujący ten styl życia; nieważne, że to jest takie modne, że IKEA i że skandynawski styl podbija rynek meblarski już od dawna. Do mnie przemówiła pani z ekranu telewizora, wcale nie aktorka i wcale nie specjalnie urodziwa. Pan bogacz, owszem, trochę się buntował, bo jak to: od teraz nie kupowałby najdroższego wina? nie miałby mu kto posprzątać dużego mieszkania? Niedorzeczność. Zobaczył jednak na własne oczy, jak takie życie może być cudowne i znacznie prostsze, i w końcu i jego nowo poznana panna przekonała. Zatem: o co chodzi?

Scenarzyście chodziło zapewne o to, by domknąć akcję, zgrabnie wykorzystać kolejny punkt wrotny i zarobić od TVNu trochę kasy. Lepsze pytanie brzmi: o co chodzi mnie, że tak się o tym rozpisuję?
Już tłumaczę. Tutaj chodzi o magię wizualnego przedstawienia. Nic na nas nie działa tak, jak obraz. Możemy słyszeć, że gdzieś jest wojna, gdzieś mordują ludzi, gdzieś dzieje się krzywda, ale dopóki nie zobaczymy tego na własne oczy, nie jesteśmy w stanie uświadomić sobie skali tego zjawiska. Nie dociera do nas jego ogrom.

I to jest magia obrazu, a także i telewizji. Tutaj nie chodzi o ten minimalizm, o wojny, o poradniki "jak gotować z Ewą". Tutaj chodzi o coś znacznie więcej. O emocje, o uczucia, o... perswazję. To naprawdę niesamowite, sami przyznacie.

Wracając jednak do tego minimalizmu - to całkiem niezły pomysł na życie. Każdy odcinek Ukrytej prawdy niesie ze sobą jakiś morał, jeśli oczywiście wytrzymamy do ostatniej minuty emisji. Kurczę, i muszę stwierdzić, że w całej tej serii, a także i w Dlaczego ja? i w Trudnych sprawach jest coś takiego, że nie da się oderwać wzroku od ekranu. I są ludzie, co zarzekają się, że nie oglądają. Ale ktoś to musi oglądać, tak chociaż czasem, bo Polsat i TVN z sezonu na sezon decyduje się kontynuować produkcję tych paradokumentów.

Minimalizm polega na tym, żeby mieć mniej. A mniej, paradoksalnie znaczy więcej. Obecnie to już nawet filozofia życia. Minimaliści kierują się ekonomią rzeczy, ale mam nadzieję, że nie ekonomią myśli. Im mniej rzeczy człowiek posiada, tym mniej odciąga od własnego życia. Czy minimalizm ma coś wspólnego z coachingiem? Przepraszam, trochę zbaczam z tematu, ale teraz, zastanawiając się tak nad tym, to może być to prawda. Skupiamy się na sobie, na otoczeniu, chcemy być coraz lepszymi, mądrzejszymi, lepiej dostosowanymi. Chcemy posiadać lepiej rozwiniętą inteligencję emocjonalną. I chyba o to tutaj chodzi, co?

Zgodzicie się?

bezradne męskie nóżki

Mieliśmy już drwaloseksualnych mężczyzn, mieliśmy kołczan prawilności i słowiański przykuc. Kobiety miały naprawdę w kim przebierać ostatnimi laty. Co z tego, co z tego wszystkiego, skoro jak echo, jak nieznośna czkawka powraca... syndrom bezradnych męskich nóżek.



a niech się ludzie śmieją

Zaczęło się od fanpage na Facebooku, potem męskie nóżki ruszyły szturmem na podbój innych portali, które ochoczo wspominały o popularności tejże bezradności.  Niby trochę śmiech, niby jawna żałość, ale panowie jakby w ogóle się tym nie przejmują, w końcu nieporadność to bardzo współczesny i praktyczny model na życie. Przyjmujecie? 
Fapage przestał zabawiać swoich odbiorów z dniem 10 września 2014 roku. Media również ucichły, temat w przestrzeni publicznej jakby zamarł śmiercią naturalną. Ale czy umarł już całkowicie? 

cechy charakterystyczne  

Skupmy się może na tym, co najważniejsze, czyli na tym, jak przeciętny użytkownik bezradnych męskich nóżek wygląda. Tak, ależ oczywiście, że wiem, że wygląda się nie liczy - tylko osobowość - ale skoro ustaliliśmy już, że bezradność nóżek to metaforyczny pogląd na życie, warto by zastanowić się w tym miejscu, jak powinna i reszta wyglądać. 

wiek: przedział od lat 17 (kiedy to żuchwa takiego młodzieńca zacznie się już mocniej zarysowywać, a pierwszy widoczny zarost sprawi, że kobiece kolana zmiękną na zawołanie) do (statystycznie) 35 roku życia;

styl życia: to coś niesamowicie ważnego; nie można raczej być księgowym lub informatykiem i praktykować dupowatości. Taki bezradny delikwent związany jest zazwyczaj (czynnie lub biernie/za hajs rodziców baluje/z zasiłku) z przemysłem włókienniczym, czytaj: z projektowaniem odzieży; z modą szeroko pojętą; ze sztuką; z filmem i kinem; w skrajnych przypadkach: po prostu chce być na czasie

poglądy: skrajnie indywidualne z nagięciem norm w lewą stronę; 

osobowość: bardzo specyficzna, o silnym charakterze, z obojętnością na to, co mówią ludzie; żyje w swoim świecie i to jemu ma być ze sobą dobrze; 

otoczenie: jemu przyjazne, choć zapewne lubi sobie czasem dostarczyć adrenalinki, przechadzając się z uśmiechem na ustach tuż przed bojówkami ONR-u, np. ulicą Piotrkowską; tramwaj tudzież autobus chyba też wchodzą w grę; 

typowe schorzenia: płaskostopie; nagięcie szyi w lewo lub w prawo pod wpływem przerzucanej grzywki; kolana zwrócone do wewnątrz; 

w szafach najczęściej występują: obcisłe spodnie jeansowe, czytaj: rurki; ołwersizowe swetry, sięgające nieco ponad bezradny zadeczek; kapelusze kupione na sopockim molo; arafatki - wiecznie żywe, wymiennie noszone z czarnymi, lekkimi szalami; buty na platformach; i obowiązkowo - bandamki w takie wzory jak: flaga Ameryki, białe gwiazdki na błękitnym tle, boho; 

lepiej źle niż gorzej

Babki niecierpliwią się wnuków, rodzina wypycha "na swoje", a takiej pannie na wydaniu nie pozostaje nic innego jak popaść w weltschmerz, pogrążyć się w czarnej rozpaczy i zostać lesbijką. W końcu moda to kobieca broszka, czyż nie? Ano okazuje się, że nie, i w sumie bardzo dobrze, ale prawdziwą modę należy ZAWSZE odgraniczać od projektanckich przygód zagubionych chłopców XXI wieku. 

Wydaje się, że nie ma już nic gorszego niż chamski, prostacki i bardzo przaśny Stefan - uosobienie polskiego nacjonalizmu obyczajowego. Stefan wystaje pod blokiem, pije piwo i zaczepia panienki, od niechcenia rzucając: " hej, maleńka, bolało jak spadałaś z nieba?". Stefan siłą rzeczy nie ma zbyt wielkiego brania, bo też i wiele nie ma do dania. Stefan jest troszkę zagubiony jeszcze w latach 90. XX wieku i w dźwiękach disco polo sączących się z monopolowego radioodbiornika.

W kontrze do Stefana staje Joachim. Joachim jest wyzwolonym młodzieńcem, pewnym siebie, swojej bezradności i tego, że daleko zajdzie. Wie jak szarmancko się zachować, prezentując kobietom swoją charyzmę. Doradzi, jakie kolczyki powinna panna założyć, by jej stylizacja idealnie ze sobą współgrała. Jest niesamowicie wrażliwy, w tym brutalnym świecie przecież trzeba to docenić.
Jednak przede wszystkim, pozostaje wciąż do końca nieodkryty. Jest zagadką, za którą nie wiadomo jak się zabrać... 

I taka panna na wydaniu stoi przed niesamowitym dylematem. Nie wie już sama, w czyje ramiona powinna wpaść. Czy Stefana, czy Joachima? Stefan? Joachim? Joachim...? Stefan? 
Tkwi w rozdarciu, bo to prawie jak wybór dalszej ścieżki życiowej... Od tej decyzji zależą jej dalsze losy. 
Wiadomo, może zawsze liczyć na to, trafi jej się prawdziwy facet - czuły, troskliwy, trochę zadziorny, trochę rozkoszny, nieco nieokrzesany i przede wszystkim - męski. A co to znaczy? To już temat na zupełnie inne rozmyślania...